Kasia

prosi o remont mieszkania

Po pierwsze, chcę najserdeczniej przeprosić za tak długie milczenie.

W moim życiu na prawdę dużo się działo ostatnimi czasy.

W grudniu, ubiegłego roku u mojej siostry zdiagnozowano złośliwego raka żołądka. Było z nią na prawdę źle, walczyła dosłownie o życie. Zawsze była drobniutką kobietą, ale kiedy wylądowała na oddziale onkologicznym w Brzozowie, jej waga wynosiła jedynie 34 kilo, przed chorobą ważyła 44 kilo. Ma dopiero 27 lat i całe życie przed sobą. Ze względu na wielkość guza i możliwość przerzutów, lekarze zmuszeni byli do całkowitego wycięcia żołądka i zastąpienia go jelitem. Wytworzyli z niego coś na wzór balonika, który umożliwiałby jej w jakiś sposób trawienie i normalne funkcjonowanie.

Najgorsze było czekanie, aż lekarze oznajmią, że operacja się udała, że nowotworu już nie ma. Od jej przyjęcia na oddział, do operacji minął prawie miesiąc. Przed oczami miałam najgorsze myśli, najstraszniejsze wizje. W nocach nawiedzały koszmary, w których ubrana na czarno towarzyszę swojej jedynej siostrze w ostatniej podróży. Zawsze byłyśmy razem. Jeszcze w domu rodzinnym, kiedy rodzice się awanturowali, ona była przy mnie, opiekowała się swoją młodszą siostrą, dodawała otuchy i pocieszała. W domu dziecka to się nie zmieniło, wciąż była starszą siostrą, zajmującą się młodszym rodzeństwem. Nie wyobrażam sobie życia bez niej. Jest moją siostrą, matką chrzestną mojego syna, a jej pogoda ducha i radość życia jest zaraźliwa.

Justyna jest teraz po 4 serii chemi, straciła mnóstwo włosów, co dla młodej dziewczyny jest bardzo ważną sprawą. Może wydawać się to trochę płytkie, ale włosy to część kobiecości, sama byłabym zdruzgotana, gdyby moje długie do pasa, gęste włosy nagle zaczęły wypadać garściami. Ale moja siostra jest silna i nawet to nie zahwiało jej determinacji. Któregoś dnia, spakowała się i po prostu pojechała ze swoim chłopakiem do specjalistycznego sklepu po perukę. „To tylko włosy, odrosną”, powiedziała tylko gdy pochwaliła mi się swoim zakupem. Nawet teraz, gdy to wspominam, łzy napływają mi do oczu.

Dlaczego o tym wspominam? Chciałam po krótce wyjaśnić, dlaczego przez tak długi czas się nie odzywałam. Opisać, dlaczego nie miałam głowy do mojego, jakże błachego problemu remontowania mieszkania. Omal nie straciłam siostry. Gdyby nie przyjęli jej wtedy na oddział, pewnie teraz by nie żyła. Kiedy moja mam przywiozła ją do Brzozowa na oddział onkologiczny, lekarze odmówili jej przyjęcia zasłaniając się procedurami. Nie mogli ponoć przyjąć nikogo bez skierowania i pełnej dokumentacji. Ot, polskie prawo. Mama jednak się nie ugięła (wykazała się matczyną determinacją i miłością, którą straciłam nadziedzję w niej kiedykolwiek zobaczyć!), niemal siłą wywlekła lekarza dyżurnego ze swojego gabinetu by ocenił stan Justyny. Gdy ją zobaczył, zaniemówił. Blada, drobna dziewczyna, z czarnymi cieniami pod oczami, zupełnie, jakby była martwa. Pamiętam ten widok i do końca życia nie dane mi b będzie zapomnieć. Kiedy pierwszy raz ją zobaczyłam w sali szpitalnej, nie poznałam własnej siostry. W sali leżało cztery kobiety, a ja wzrokiem szukałam twarzy, którą pamiętałam – z różowymi policzkami i szerokim uśmiechem… Zamiast tego ujrzałam wraka człowieka, wyniszczonego przez chorobę. Nie myślałam więcej o swoim mieszkaniu, które stoi zrujnowane i czeka, aż ukończę remont. Szczerze, miałam to gdzieś. Nie liczyło się zupełnie. W głowie miałam jedynie swoją siostrę. Myślałam, jak jej pomóc, czy oddać jej kawałek swojego żołądka i czy w ogóle jest taka możliwość. Zrobiłabym wszystko, aby żyła.

Teraz jest już znacznie lepiej. Justyna dochodzi do siebie, przytyła dwa kilo – niewiele, co wciąż martwi lekarzy, bo przez te niespełna pół roku powinna odzyskać dawną wagę, ale najważniejsze, że żyje!

Ciągle zastanawiam się, co takiego zrobiliśmy, że życie nie pozostawia na nas suchej nitki. Kiedy zaczyna byc lepiej, kiedy wydaje się, że wszystko zaczyna się układać, dostajemy nagle taki cios, że ciężko się pozbierać. Wiele razy zadawałam sobie pytanie, kiedy to wszystko się skończy, kiedy wreszcie będziemy mogli żyć normalnie? Czy to, co do tej pory przeżyliśmy nie jest wystarczającą udręką? Szukam wsparcia w Bogu, w wierze, że jednak nie jesteśmy Mu obojętni, tak, jak myślałam kilka lat temu. Usłyszałam pewnego razu na kazaniu w kościele, że człowiek dostaje od Boga tyle, ile jest w stanie udźwignąć, ni mniej, ni więcej. I to stało się moją mantrą, myślą, która pomaga mi przetrwać. Bo faktycznie, gdybym nie miała tyle siły, nigdy nie poradziłabym sobie z tym całym bagażem doświadczeń, jaki dane jest mi dźwigać. Jestem silna i wiem, że moje rodzeństwo również!

Teraz, kiedy z Justyną jest lepiej, mogłam zająć się remontem, który jest już na finiszu, pozostaje jeszcze umeblować i zamontować piecyk gazowy, bądź boiler do podgrzewania wody.

Nie zapomniałam o pomocy, jaką od Państwa dostałam i nigdy nie zapomnę! Zawsze, kiedy spojrzę na te ściany, pojawi się na mojej twarzy uśmiech. Dziękuję Bogu za tak dobrych i życzliwych ludzi, którym nie jest obojętny los innych ludzi.

W tej wiadomości, załączam zdjęcie mojej siostry z pierwszego tygodnia w szpitalu. Moje słowa nie oddadzą w pełni tego, jak nowotwór zniszczył jej zdrowie. Trzeba to zobaczyć, bu uwierzyć. W następnych wysyłam zdjęcia z postępu prac w mieszkaniu. Zaznaczę jeszcze, że walają się tam jeszcze rzeczy robotnika, który zgodził się wykonać te prace za pół darmo.

Pozdrawiam serdecznie i ściskam ciepło, Kasia Kulczycka.

20150505_185916 20150505_185857 20150505_185700




© Fundacja Mamy Dzieci, KRS 0000397939, NIP 701-031-48-67, Nr konta: 34 1140 2017 0000 4302 1285 8503